Problem ze spalonym autem.
Miałem ostatnio strasznie dziwną akcje. Sprzedałem seata, pamięta go ktoś z poprzednich wpisów? Sprzedałem go jako uszkodzony i gościu podjechał wziąć go na części. Jednak po czasie okazało się, że on normalnie nim jeździł. Samochód mu się zapalił i zaczęło się. Grożenie policją, sądem i innym syfem. Na szczęście zlewanie go przyniosło skutki i już przestał się odzywać.
No i powiem wam szczerze, że takich ludzi to ja nie rozumiem. Kupujesz auto jako uszkodzone, bierzesz je niby na części, a potem nagle robisz z niego normalny samochód do jazdy i jeszcze masz pretensje do sprzedającego, że coś się stało. No jaki koń jest, każdy widzi. Jak coś jest sprzedane jako trup, to jest trup. To nie jest magiczna fura z gwarancją szczęścia, tylko auto z problemem, które miało iść na części. Ale nie, wiadomo, zawsze znajdzie się jakiś magik od „panie, ja tylko kawałek przejadę”, a potem płacz, że się zapaliło i zaczyna się straszenie policją, sądem, paragrafami i całym tym internetowym arsenałem dla ludzi, którzy najpierw robią głupio, a potem szukają winnego. Ja już nawet nie miałem siły się z tym szarpać, bo co mu miałem tłumaczyć? Że uszkodzony znaczy uszkodzony? Że części to części? Że jak kupujesz coś z przeznaczeniem do rozbiórki, to może nie jest najlepszy pomysł robić z tego codzienne auto? Na szczęście olałem temat, nie karmiłem tej dramy i chyba zrozumiał, że nic nie ugra, bo przestał pisać. I dobrze, bo serio, czasem najlepszą odpowiedzią na cudze kombinowanie jest cisza. Auto sprzedane jako uszkodzone, gość wiedział co bierze, a późniejsze „bo ja jednak jeździłem” to już nie mój cyrk i nie moje płonące małpy.
