Długo w mrozie
To było kolejne jeżdżenie w śniegu. Nie padał, ale zalegał na ulicach i jazda przypominała poruszanie się po małych mikromuldach. Cały czas można powiedzieć, że była to jazda terenowa — zero płynności, ciągłe wybijanie z rytmu, nierówności, ślisko.
Po raz pierwszy chyba od tygodnia jeździłem jednym ciągiem, bez zajeżdżania na kawkę, bez przerwy, bez obiadu. Po prostu sześć godzin non stop. Pod względem fizycznym było to dość męczące, szczególnie w takich warunkach.
Patrząc jednak na wyniki finansowe, dzień wyszedł słabo. Stawka godzinowa kręciła się w okolicach 33–34 zł, a po sześciu godzinach na liczniku było 203 zł. Powód jest dość prosty i w zasadzie oczywisty — wydziwiałem. Odrzucałem kursy na Morenę, odrzucałem kursy do centrum Gdańska. Pod koniec chciałem już brać tylko kursy w stronę domu. To wszystko razem musiało odbić się na obrotach.
Samo jeżdżenie jak jeżdżenie. Klienci mili. Jeden klient dał napiwek „na piwko” i wywiązała się z tego ciekawa rozmowa. Mówił, że zauważył, że kurierzy często się dziwią, kiedy daje napiwek, i zapytał: „czemu wy się tak dziwicie?”. Odpowiedziałem mu szczerze, że napiwki dziennie to zwykle kwestia 10–15 zł więcej, jeśli jeździ się cały dzień. Czasem mniej, czasem więcej, ale generalnie nie są to duże sumy. Dlatego dodatkowe 10 zł w aplikacji potrafi naprawdę zaskoczyć.
Podsumowując: dzień był męczący, warunki trudne, a wynik finansowy słaby — ale z powodów, które sam sobie zorganizowałem. Jedyne, co cały czas mi się w tej jeździe nie podoba, to to, że wyjeżdżam za późno. Chciałbym wyjeżdżać wcześniej, ale wtedy zawsze pojawia się ryzyko słabych obrotów rano. I to jest coś, z czym dalej nie mam do końca rozwiązania.



