You are viewing a single comment's thread from:

RE: "Dziewczyny do wzięcia"

in #pl-artykuly7 years ago (edited)

Ale narobiłaś :) Od rana się noszę z tematem!

Kiedyś (czyli w młodości, tej pierwszej :D) traktowałam ten film, jak komedię... Kultową komedię. Trochę to było narzucone, bo wtedy każda towarzyska "domówka" kończyła się porankiem z Bareją lub z którymś z panów Kondratiuk.

Oglądałam z innymi, śmiałam się z dialogów... ale w głębi duszy strasznie mnie ten film przygnębiał. Skończyły się domówki ze starym towarzystwem, skończyły się i dziewczyny do wzięcia - nigdy nie miałam ochoty do tego obrazu wracać.

Dlaczego? Prawdopodobnie w tym przypadku jestem skrajną pesymistką. Co ja w tym filmie widzę (lub raczej - co pamiętam)? Jak to świetnie ujęłaś: Targowisko matrymonialne". Na targu się sprzedaje i kupuje. To biznes - zagląda się w zęby, klepie po pupie, maca portfel, czy wystarczająco wypchany...

Pragnienie stworzenia związku jest na wskroś ludzkie, ale odstręcza mnie sposób, w jaki to się odbywa. Udawanie, maski, ignorowanie samej siebie w imię zdobycia względów - krem sułtański to dla mnie symbol gwałtu na samym sobie.

Nie lubię, nie chcę, cierpię, ale wpier*... bo się obrazi!

Wszyscy udają, grają, są jak kukły, nienaturalni, sztywni, dialogi kuleją. Tylko kelner jest sobą - wydawałoby się niezbyt sympatyczny cwaniak, który lubi się zabawiać kosztem niewinnych dziewcząt... on jest przynajmniej prawdziwy.

Jakiś happy end? Nie sądzę. Dziewczyny będą co weekend wracać z miasta bogatsze w nowe doświadczenia i rozczarowania. Ich wymagania wobec potencjalnych kandydatów spadną. W końcu desperacja i presja otoczenia da o sobie znać i każda z nich znajdzie swojego "chłopaka", ale nie takiego, o jakim marzyła. Bo gdy już ma się siebie "na własność", to maski spadają. Pozostanie im więc robić dobrą minę do złej gry - a w tym akurat są świetne.

Być może powinnam obejrzeć film ponownie (po jakichś 18 latach...) i zweryfikować swą opinię... albo się w niej utwierdzić.

Czytam Ciebie i komentarze innych - niesamowite, jak różnie można zinterpretować jeden i ten sam film :)

PS: Usta inżyniera - nie mogłam ich znieść!!!

Sort:  

I ja z impez towrzyskich pamiętam takie oglądanie "na lekko". I też mam tu skojarzenie z Misiem Barei - piosenka finałowa, która wyciska łzę z oka (tu Niemen, tam Ewa Bem).

Mój pesymizm wynika z założenia, że każda z dziewczyn ma nadzieję na znalezienie "tego jedynego". Wydaje mi się, że gdyby chodziło tylko o wyszumienie się, to już na dworcu rozglądałyby się za najatrakcyjniejszymi kawalerami. A one jednak najpierw idą w umówione poprzedniej soboty miejsce. Chłopcy nie przychodzą, więc znów trzeba wziać udział w tym strasznym rytuale nawiązywania znajomości i dziwacznym tokowaniu.

Ta sztywość zachowań i dialogów jest ważna dla całości obrazu. Myślę, że sama w takiej sytuacji wykazałabym zbliżony poziom elokwencji i rozluźnienia.

Dobra mina do złej gry i przełykanie kolejnych niepowodzeń to kolejny ciężki kamień, który pozostaje w pamięci po seansie. Dlaczego dziewczyny mają tak wysokie oczekiwania co do wykształcenia i stanowiska? Przecież jest to drastyczne zwiększenie szansy porażki i konieczności udowadniania sobie, że kandydat niespełniający oczekiwań też jest "niczego sobie".

Teraz myślę sobie, że dzisiejsze dwudziestolatki, trzydziestolatki też często stają na takim targowisku matrymonialnym. Technologia poszła trochę do przodu, zatem teraz nie peron czy kawiarnia, a Tinder czy Instagram. Nie wymyślone głodne historyjki, ale pozowane i retuszowane fotki, imponowanie w internecie. Bardziej otwarte jest podejście do seksu, więc na tagowisku można zaetykietować się 'seks' i szumieć do woli.

Film jest świetny, bo reżyser pozostawia miejsce na refleksję, na zestawienie przeżyć bohaterów z własnymi doświadczeniami i wyznawanymi wartościami. Do rozpatrywania w zadanym kontekście, interpretacji i argumentowania stanowiska jest tak dobry jak klasyki literackie na maturze. :)

PS: Ble.